Na przykład Pfizer, największa na
świecie firma farmaceutyczna, osiągnął roczny zysk
brutto w wysokości 42 miliardów dolarów ( liczony do
kwietnia 2005 r.). Koncerny jednak tłumaczą, że mnóstwo
pieniędzy idzie na testy leków. W laboratoriach bada się
tysiące związków, ale tylko niektóre rokują nadzieję. Te
trafiają do fazy prób, w której odpada sześć na siedem
potencjalnych leków. Przedstawiciele branży twierdzą, że
opracowanie i wyprodukowanie jednego medykamentu
kosztuje 800 milionów dolarów. W tę sumę wliczone są
zarówno nieudane eksperymenty, jak i marketing leku.
Jednak nawet jeżeli jest to loteria, to koncerny wcale
nie pozbywają się swoich kuponów.
Długa
droga od laboratorium do domowej apteczki niegdyś
zaczynała się w głowie utalentowanego uniwersyteckiego
naukowca, który wpadał na pomysł, że jakaś molekuła może
znaleźć zastosowanie w leczeniu określonej choroby.
Obecnie badania rozpoczynają się od komputerowej analizy
potencjalnych związków. Jeśli jeden z nich okazuje się
obiecujący, to następują testy laboratoryjne mające
potwierdzić, że oddziałuje on na tkanki lub wirusy.
Podekscytowani naukowcy sprawdzają wówczas, jak działa
produkt: pożytecznie czy szkodliwe. Dopiero wtedy
przechodzi się do testów na zwierzętach.
Eksperymenty
na myszach lub szczurach przeprowadza się, by uniknąć
takich sytuacji, jaka miała miejsce w Northwick Park. (W
tym londyńskim szpitalu sześciu ochotnikom podano w
marcu eksperymentalny lek na białaczkę TGN1412, po
którym doznali oni poważnego uszczerbku na zdrowiu. Nie
wiadomo czy jest szansa na jego poprawę i co było
przyczyną tragicznego finału eksperymentu.) Jeżeli myszy
umierają lub dziwnie się zachowują, trzeba cofnąć się w
badaniach do samego początku. W Wielkiej Brytanii
Agencja d/s Leków i Artykułów Medycznych (MHRA)
dopuszczająca leki do użytku musi zapoznać się z
wynikami testów na zwierzętach, zanim dojdzie do prób na
ludziach.
Koncerny
farmaceutyczne zazwyczaj same robiły testy
kliniczne, jednak obecnie coraz częściej zlecają to
zadanie profesjonalnym firmom, takim jak amerykański
Parexel, który werbuje ochotników, załatwia zgodę
komisji etyki i ma własny zespół medyczny
przeprowadzający eksperymenty. Na swojej brytyjskiej
stronie Parexel zaprasza młodych, zdrowych, chętnych
mężczyzn (kobiet nie rekrutuje się do większości
badań ze względu na potencjalne niebezpieczeństwo dla
płodu, gdyby zaszły w ciążę).
„Co cię w tym kręci?” – brzmi pytanie na
stronie.
Odpowiedź: satysfakcja z przysłużenia się nauce i pomocy
w poszukiwaniu lekarstw na ciężkie choroby, ale także
darmowe jedzenie bez konieczności zmywania, opieka
medyczna, mnóstwo czasu na naukę, surfowanie w
internecie, grę w bilard czy sen, no i gotówka do ręki.
Ochotnicy to w przeważającej części studenci – z
Wielkiej Brytanii, Australii lub RPA – którzy korzystają
z rocznej przerwy w nauce i chcą zarobić trochę grosza.
Pierwsza
faza to próby przeprowadzane na niewielkiej liczbie
zdrowych ochotników. Do badań w drugiej wybiera się
pacjentów ze schorzeniem, które nowy specyfik ma leczyć.
Na tym etapie liczba badanych sięga kilkuset, a testy
najczęściej robi się w kilku krajach. Jeżeli lek ma
pozytywny wpływ na ich zdrowie, rozpoczyna się trzeci –
najważniejszy – etap eksperymentu. Kilka tysięcy
pacjentów na całym świecie zostaje wybranych za
pośrednictwem lekarzy specjalistów od danej choroby lub
lekarzy rodzinnych.(…) Pacjenci są dzieleni losowo na
dwie grupy – jedna dostaje testowany lek, druga placebo.
Nikt nie może wiedzieć, kto co przyjmuje. Dopiero po
roku lub dwóch wyniki zostają odkodowane, a badacze
dowiadują się, czy mają przełomowy lek, czy też ponieśli
kosztowną porażkę.
1
2
3